piątek, 17 czerwca 2011

fraktale, chaos, milosc, smycze, jeden smak

rzeczywistość zbudziła mnie dziś o 4.30. Otworzyłem po prostu oczy, bez śladu zaspania ani zmęczenia nocą. Przypłynęły po chwili wieczorne zmory... ale były już słabe, ledwie poruszały się jak suche grzyby nad piecem jesienią. Stało się coś. Nie wiem co zupełnie, ale coś znaczącego. Pamiętam z wczorajszego wieczora całą gamę odczuć. Była totalna wściekłość i niemoc na szaszłyku z euforią, z radością z możliwości przeżywania tego oczyszczenia. Zaskakuje mnie, jak proces oczyszczania jest 'poważny', nie można go zlekceważyć, jest totalny i obejmuje wszystko, nie można go zignorować. Czuję w ustach jeden smak. Czuję się niepodzielony, nie potrafię naginać swoich działań do wyobrażeń. Czuję wściekłość - wyrażam wściekłość, czuję zniecierpliwienie - wyrażam je, czuję miłość - okazuję. Nic nie zostaje, prócz okruchów, reszta to pustka.
Jestem zaskoczony już teraz codziennie. Wczoraj wieczorem byłem zaskoczony swoją skrywaną brutalnością, chamstwem. Co więcej, okazało się być to powiązane z seksualnością. Odblokowując ją nieco, otworzyłem tę komnatę gdzie magazynowałem odpady z przeszłości niezadowolenie, oczekiwanie, zniecierpliwienie, frustrację, 'robienie dobrej miny do złej gry', nieustanne próby robienia dobrze komuś... czułem w ustach smak, każdego słowa, każdego przekleństwa i obelgi. Potrzebowałem tego. Pozwoliłem sobie... Ona mi pozwoliła. Kocham ją za to jeszcze bardziej. Wybaczam sobie. Wybaczam jej. Pustka.

Wczoraj ugłaskał mnie namiot w sposób iście psychodeliczny. Siedziałem po turecku, przepełniony mieszanką trotylową... nagle oddech przyśpieszył... na ustach pojawiła się mimika odczuwania siły i mocy. Oddech stał się szalony... energia wirowała transformując trotyl w siłę... namiot ocierając o moją kołyszącą się głowę był jakby dłonią kobiecości ... wybaczała mi tę serię zniewag, których byłem autorem. Płakałem bez powodu.

Rzekłem kiedyś, że nie jest możliwy rozwój w jaskini... przynajmniej nie wyobrażam go sobie. To w relacji z innymi ludźmi i sytuacjami, tworzą się niewyobrażalne napięcia, 'Ścieranie się! Ruch! Dwie trące o siebie płyty tektoniczne!', wypiętrzają się góry, płynie w żyłach ŻYCIE. Tak wczoraj w namiocie czułem się prawdziwie Żywy. Wszystkie moje obwody pracowały na pełnych obrotach, energia tętniła. Niewyobrażalna to siła, popychająca mnie do ciągłe autodestrukcji, tak jakbym nie mógł ani chwili pomieszkać w zakurzonym nieco pokoju. Nie podciąłem skrzydeł ani jednej emocji, wszystkie mogły pofrunąć. Kocham każdą tą kreaturę prawdziwie. Są nieuczesane, nieustraszone i brzydkie, nieprzystają, są wolne.

Mam w sobie jakieś upierdliwe urządzenie, które wykrywa zanik przepływu energii, stęchłość i stagnację. Urządzenie to wtedy, skanuje w poszukiwaniu słabizny...i uderza, niszczy, stawiając na szali wszystko.

Człowiek - co to w ogóle znaczy się pytam ?! Czy jestem tym wszystkim co wyrażam ? Czy mam się z tym identyfikować ? Czy może jestem tą nieporuszoną obecnością, którą odkryłem na jednej z ceremoni? Ta obecność nie gani mnie, za to w jaki sposób się wyrażam, ona po prostu dziwi się, i patrzy, słucha...

Jest 6.00. Spokój i cisza. Nie ma śladu wczorajszej burzy. Pojawiła się wdzięczność.
Burzyła się powierzchnia. Głebia mruczy.

Brak komentarzy: