Wróciłem z 11 dniowej wyprawy po najpiękniejszej krainie jaką dane było odwiedzić - Suwalszczyźnie. Któż by przypuszczał, że rower, mapa, towarzysze podróży to wszystko czego trzeba człowiekowi do szczęścia.
Rajd rozpocząłem samotnie, gdyż uciekł mi pociąg, musiałem wiec jechać innymi drogami a później gonić peleton przez 50 km - to było naprawdę wycieńczające - w sumie ponad 30h bez snu na jednym pomidorku i kanapce. Wtedy było ciężko, dziś to wspaniałe wspomnienie. Jeździliśmy od wsi do wsi, od jeziorka do jeziorka. Jedliśmy wspólnie jedzonko gotowane w garnku na ognisku.
Nigdy nie przypuszczałem, że tak bardzo będę tęsknił za wszystkimi chwilami, które tam przeżyłem, za latrynkami, za wspolnym celem, za dzikimi rejonami puszczy, za komarami, za namiotem, za zimną wodą, za piosenką nuconą, za długimi rozmowami z Moniką, za łódką, za kajakiem, za rzeką.
Oddzieliliśmy się we czwórkę i zostaliśmy dłużej o jeden dzień - odnaleźliśmy przypadkiem kamping idealny - metr od jeziorka rozbiliśmy namioty, słychać było ciche chlupanie wody.
Nigdy nie zapomnę tego wyjazdu - był pierwszy tak intensywny i prawdziwy.
Nigdy nie przypuszczałem, że tak bardzo będę tęsknił za wszystkimi chwilami, które tam przeżyłem, za latrynkami, za wspolnym celem, za dzikimi rejonami puszczy, za komarami, za namiotem, za zimną wodą, za piosenką nuconą, za długimi rozmowami z Moniką, za łódką, za kajakiem, za rzeką.
Oddzieliliśmy się we czwórkę i zostaliśmy dłużej o jeden dzień - odnaleźliśmy przypadkiem kamping idealny - metr od jeziorka rozbiliśmy namioty, słychać było ciche chlupanie wody.
Nigdy nie zapomnę tego wyjazdu - był pierwszy tak intensywny i prawdziwy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz