czwartek, 14 stycznia 2010

ostatnia bitwa.

kilka dni temu moja babcia miała operację na wyrostek. Operował ją pewien chirurg, którego wszyscy sobie chwalili, były kolejki do niego. Facet bardzo mądry, prawdziwy fachowiec. Ludzie prosili o możliwość bycia operowanym przez niego. Kilka dni później facet juz nie żyje. Dostał zawału i już go nie ma... tak po prostu, fruuu, pstryk, cały jego wszechświat zapadł się w siebie i wyparował.
Kilka dni temu czytałem fragmenty ksiązki "Podróż do Ixtlan" Castanedy, w której jego nauczyciel opowiada mu, że trzeba mieć świadomość własnej śmierci, która stoi za plecami, gdyż walka którą podejmujemy obecnie może być już tą ostanią, że nie mamy luksusu życia wiecznego, by odkładać bycie sobą, dobrą walkę na jutro, jutro może nie nadejść. Dostałem przykład jak z encyklopedii. Śmierc jest prawdziwa i przychodzi znienacka, trzeba żyć w taki sposób, by móc umrzeć już... żeby to było możliwe, trzeba tu i teraz robić to, co chce się robić naprawde, gdyż nie ma czasu... nie ma czasu na bycie niepewnym, na smutek, na niedowierzanie... jutro mogę być trupem.

Brak komentarzy: