żyję za kołem polarnym, gdzie jednak wschodzi słońce... nieregularnie, czasem nie wschodzi wcale, czasem jest na niebie całe dnie. Polarne zimno i bezruch. Daję się poczuć pojedyncze promienie ciepła, te najmniejsze - zamykam wtedy oczy i całą świadomość umieszczam w policzkach, czole i nosie.
Pełno tu luster, które męczą mnie, zmuszając bym na siebie patrzył. Patrz! Patrz! -wołają. Więc spoglądam...i nie rozpoznaję siebie. Miesiącami prowadzę dialogi z własnym odbiciem, zakochuję się w sobie... a potem cierpię... już nie tłukę luster jak kiedyś, w chwili gdy rozpoznaję miraż. Odchodzę ze spuszczoną głową... To rodzaj szaleństwa i lęku przed samotnością, które popycha mnie to uczuć względem luster. Skąd się tu wziąłem ? Nie wiem.
Większość ludzi tutaj to nie-ludzie ... to tylko programy odbijające-lustra. Niewielu znam takich, w promieniach których zamykam oczy. Czy ktoś zamyka oczy w moich promieniach ? ?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz