Takie właśnie były te skrzynie, o
wypukłych pokrywach, na każdej wisiała, ujęta w celofan, biała kartka,
podobna do tego dokumentu, jaki zazwyczaj zawiesza się nad szpitalnym
łóżkiem. Wysoko pod stropem paliła się zakurzona żarówka, ale było zbyt
ciemno, żebym choć słowo mógł odczytać z tego, co było na owych
kartach napisane. Skrzynie stały dwoma rzędami nad sobą, a jedna
znajdowała się wyżej, osobno — pamiętam, że policzyłem je, było ich bodaj
dwanaście, może czternaście, nie wiem już dokładnie.
— Tichy — zwrócił się do mnie profesor, z rękami w kieszeniach płaszcza
— niech się pan wsłucha na chwilę w to, co tu jest. Potem powiem panu —
niechże pan słucha!
Była w nim niezwykła niecierpliwość — rzucała się w oczy. Od razu
chciał, zaczynając mówić, wejść w sedno, mieć już wszystko za sobą, już
skończyć. Jak gdyby każdą chwilę, spędzoną z kimś innym, uważał za
zmarnowaną.
Przymknąłem oczy i raczej przez prostą grzeczność aniżeli ciekawy
odgłosów, których, wchodząc, nie zauważyłem nawet, stałem chwilę
nieruchomo. Nic właściwie nie usłyszałem. Jakieś słabiutkie brzęczenie
prądu elektrycznego w uzwojeniach, coś w tym rodzaju, ale zapewniam
was, to było tak nikłe, że głos konającej muchy byłoby tam doskonale
słychać.
— No, co pan słyszy? — spytał.
— Prawie nic — wyznałem — pobrzęk jakiś… ale to może być tylko szum
w uszach…
— Nie, to nie jest szum w uszach… Tichy, niech pan słucha uważnie, bo nie
lubię się powtarzać, a mówię to, bo mnie pan nie zna. Nie jestem
ordynusem ani chamem, za jakiego mnie mają, tylko denerwują mnie
idioci, którym trzeba dziesięć razy powtarzać jedno i to samo. Mam
nadzieję, że pan do nich nie należy.
— Zobaczymy — odparłem — niech pan mówi, profesorze…
Skinął głową i wskazując na rzędy tych żelaznych skrzyń powiedział:
— Czy zna się pan na mózgach elektrycznych?
— Tylko tyle, o ile to jest potrzebne w nawigacji — odparłem. — Z teorią
raczej u mnie słabo.
— Tak sobie myślałem. To nie szkodzi. Tichy, słuchaj pan. W tych
skrzyniach znajdują się najdoskonalsze mózgi elektronowe, jakie
kiedykolwiek istniały. Wie pan, na czym polega ich doskonałość?
— Nie — odparłem zgodnie z prawdą.
— Na tym, że one niczemu nie służą, że są absolutnie do niczego
nieprzydatne — nieużyteczne — że to są, słowem, wcielone przeze mnie w
czyn, obleczone w materię — monady Leibniza…
Czekałem, a on mówił dalej, przy czym jego siwy wąs wyglądał, w
panującym półmroku, jakby u warg trzepotała mu biaława ćma.
— Każda z tych skrzyń zawiera układ elektronowy, wytwarzający
świadomość. Jak nasz mózg. Budulec jest inny, ale zasada taka sama. Na
tym koniec podobieństwu. Bo nasze mózgi — uważaj pan! — podłączone
są, że tak powiem, do świata zewnętrznego — za pośrednictwem
zmysłowych odbiorników: oczu, uszu, nosa, skóry i tak dalej. Natomiast te,
tutaj — wyciągniętym palcem wskazywał skrzynie — mają swój „świat
zewnętrzny” tam, w środku…
— Jakże to możliwe? — spytałem. Coś zaczynało mi niejasno świtać;
domysł ten nie był wyraźny, ale budził dreszcz.
— Bardzo prosto. Skąd wiemy o tym, że mamy ciało takie, a nie inne,
taką właśnie twarz, że stoimy, że trzymamy w ręku książkę, że pachną
kwiaty? Stąd, że pewne bodźce działają na nasze zmysły i nerwami płyną
do mózgu podniety. Niech pan sobie wyobrazi, Tichy, że ja potrafię drażnić
pański nerw węchowy w taki sam sposób, jak czyni to pachnący goździk —
co będzie pan czuł?
— Zapach goździka, oczywiście — odparłem, a profesor, skinąwszy
głową, jakby rad, że jestem dostatecznie pojętny, ciągnął:
— A jeżeli to samo zrobię ze wszystkimi pana nerwami, to będzie pan
odczuwał nie świat zewnętrzny, ale to, co JA pańskimi nerwami telegrafuję
do pana mózgu… jasne?
— Jasne.
— Teraz tak. Te skrzynie mają receptory—organy, działające analogicznie
do naszego wzroku, węchu, słuchu, dotyku i tak dalej. A druty od tych
receptorów —jak gdyby nerwy — zamiast do świata zewnętrznego, jak
nasze, podłączone są do tego bębna, tam, w kącie. Nie zauważył go pan,
co?
— Nie — powiedziałem. Rzeczywiście, bęben ów, średnicy może trzech
metrów, stał w głębi, pionowo, niby ustawiony kamień młyński, i po dobrej
chwili spostrzegłem, że obraca się nadzwyczaj powoli.
— To jest ich los — powiedział spokojnie profesor Corcoran. — Ich los, ich
świat, ich byt — wszystko, czego mogą dostąpić i doznać. Znajdują się tam
specjalne taśmy z zarejestrowanymi bodźcami elektrycznymi, takimi, które
odpowiadają tym stu czy dwustu miliardom zjawisk, z jakimi człowiek
może się spotkać w najbardziej bogatym we wrażenia życiu. Gdyby pan
podniósł pokrywę bębna, zobaczyłby pan tylko błyszczące taśmy pokryte
białymi zygzakami jak pleśń na celuloidzie, ale to są, Tichy, upalne noce
południa i szmer fal, kształty ciał zwierzęcych i strzelaniny, pogrzeby i
pijatyki, i smak jabłek i gruszek, zawieje śnieżne, wieczory, spędzane w
otoczeniu rodziny u płonącego kominka, i wrzask na pokładach okrętu,
który tonie, i konwulsje choroby, i szczyty górskie, i cmentarze, i
halucynacje majaczących — Ijonie Tichy: tam jest cały świat!
Milczałem, a Corcoran, ująwszy mnie żelaznym chwytem za ramię,
mówił:
— Te skrzynie, Tichy, są podłączone do sztucznego świata. Tej — wskazał
na pierwszą z brzegu — wydaje się, że jest siedemnastoletnią dziewczyną,
zielonooką, o rudych włosach, o ciele godnym Wenery. Jest ona córką męża
stanu… kocha się w młodzieńcu, którego widuje niemal co dzień przez
okno… który będzie jej przekleństwem. Ta tu—’taj druga, to pewien
uczony. Jest już bliski ogólnej teorii grawitacji, obowiązującej w jego
świecie — w tym świecie, którego granicą są żelazne ściany bębna — i
przygotowuje się do walki o swoją prawdę, w osamotnieniu powiększanym
przez zagrażającą mu ślepotę, bo on oślepnie, Tichy… a tam, wyżej, jest
członek kolegium kapłańskiego i przeżywa najcięższe dni swojego życia, bo
stracił wiarę w istnienie swej duszy nieśmiertelnej; obok, za przegrodą,
stoi… ale nie mogę opowiedzieć panu życia wszystkich istot, które
stworzyłem…
— Czy mogę przerwać? — spytałem. — Chciałbym wiedzieć…
— Nie! Nie może pan! — ryknął Corcoran. — Nikt nie może! Teraz ja
mówię, Tichy! Pan nic jeszcze nie rozumie. Myśli pan pewno, że tam, w
tym bębnie, są utrwalone różne sygnały, jak na płycie gramofonowej, że
wypadki ułożone są tak, jak melodia, ze wszystkimi tonami, i czekają tylko,
jak muzyka na płycie, aby ożywiła je igła, że te skrzynie odtwarzają po
kolei zespoły przeżyć, do końca już z góry ustalonych. Nieprawda!
Nieprawda! — wołał przeraźliwie, aż dudniło echo blaszanego stropu. —
Zawartość tego bębna jest dla nich tym, czym dla pana świat, w którym
pan żyje! Panu nie przychodzi przecież do głowy, kiedy pan je, śpi, wstaje,
podróżuje, odwiedza starych wariatów, że to wszystko jest płytą
gramofonową, której dotyk nazywa pan teraźniejszością!
— Ale… — odezwałem się.
— Milcz pan! — huknął. — Nie przeszkadzać! Ja mówię! Pomyślałem, że
ci, którzy nazywają go chamem, mają sporo racji, ale musiałem uważać, bo
to, co mówił, naprawdę było niesłychane. Krzyczał dalej:
— Los moich żelaznych skrzyń nie jest ustalony z góry do końca, gdyż
wypadki znajdują się tam, w bębnie, na szeregach równoległych taśm, i
tylko działający zgodnie z regułą ślepego przypadku selektor decyduje o
tym, z której serii taśm będzie zbierak zmysłowych wrażeń danej skrzyni
czerpał w następnej chwili treści. Naturalnie tak proste, jak powiedziałem,
to nie jest, ponieważ skrzynie same mogą wpływać do pewnego stopnia na
ruchy czerpaka, a selekcja przypadkowa zachodzi w pełni wtedy tylko,
kiedy ci stworzeni przeze mnie zachowują się biernie… wszelako mają
wolną wolę, a ograniczają to samo tylko, co nas. Posiadana struktura
osobowości, pasje, przyrodzone kalectwa, warunki zewnętrzne, stopień
inteligencji — nie mogę wchodzić we wszystkie szczegóły…
— Jeśli tak jest nawet — wtrąciłem szybko — to jakże oni nie wiedzą, że
są żelaznymi skrzyniami, a nie rudą dziewczyną czy kapła…
Tyle zdołałem wyrzucić, nim przerwał mi:
— Niech pan nie udaje osła, Tichy. Pan składa się z atomów, co? Czuje
pan te swoje atomy?
— Nie.
— Atomy te tworzą cząsteczki białka. Czuje pan swoje białka?
— Nie.
— W każdej sekundzie nocy i dnia przeszywają pana promienie
kosmiczne. Czuje pan to?
— Nie.
— Więc jak moje skrzynie mogą się dowiedzieć, że są skrzyniami, ośle?!
Tak samo, jak dla pana ten świat jest autentyczny i jedyny, tak samo dla
nich autentyczne i jedynie realne są treści, które płyną do ich
elektrycznych mózgów z mojego bębna… W tym bębnie jest ich świat,
Tichy, a ich ciała — nie istniejące w naszej rzeczywistości inaczej aniżeli
jako pewne względnie stałe ugrupowania otworków w perforowanych
wstęgach — znajdują się wewnątrz samych skrzyń, upakowane w środku…
Ta skrajna, z tamtej strony, ma się za kobietę niezwykłej piękności. Mogę
panu dokładnie powiedzieć, co ona widzi, kiedy naga, przegląda się w
lustrze. W jakich kocha się drogich kamieniach. Jakich sztuczek używa, aby
zdobywać mężczyzn. Wiem to wszystko, bo to ja, za pomocą mego
LOSORYSU, stworzyłem ją, jej — dla nas wyimaginowany, ale dla niej
realny — kształt, tak realny, z twarzą, zębami, zapachem potu, z blizną od
sztyletu na łopatce, z włosami i orchideami, które w nie wpina, jak dla
pana realne są pańskie ręce, nogi, brzuch, szyja i głowa! Mam nadzieję, że
pan nie wątpi w swoje istnienie… ?
— Nie — odparłem spokojnie. Nikt nigdy nie krzyczał tak na mnie i może
by mnie to nawet bawiło, ale byłem już zbyt wstrząśnięty słowami
profesora, któremu uwierzyłem, bo nie widziałem powodów do nieufności
— aby zwracać w tej chwili uwagę na jego maniery.
— Tichy — ciągnął nieco ciszej profesor — powiedziałem, że, między
innymi, mam tu uczonego, to jest ta skrzynia na wprost pana. On bada
swój świat, jednakże nigdy — rozumie pan, nigdy nie domyśli się nawet, że
jego świat nie jest realny, że traci czas i siły na zgłębianie tego, co jest
serią bębnów z nawiniętą taśmą filmową, a jego ręce, nogi, oczy, jego
własne, ślepnące oczy są tylko złudzeniem, wywołanym w jego
elektrycznym mózgu wyładowaniami odpowiednio dobranych impulsów.
Żeby tego dojść, musiałby wyjść na zewnątrz swojej żelaznej skrzyni, to
jest samego siebie, i przestać myśleć swoim mózgiem, co jest tak samo
niemożliwe, jak niemożliwe jest, żebyś pan mógł doświadczyć istnienia tej
zimnej, ciężkiej skrzyni inaczej aniżeli dotykiem i wzrokiem.
— Ale ja wiem dzięki fizyce, że jestem zbudowany z atomów — rzuciłem.
Corcoran podniósł kategorycznym ruchem dłoń.
— On też o tym wie, Tichy. On ma swoje laboratorium, a w nim wszelkie
aparaty, jakich dostarczyć może jego świat… widzi przez lunetę gwiazdy,
bada ich ruchy, a jednocześnie czuje chłodny ucisk okularu na twarzy —
nie, nie teraz. Teraz, zgodnie ze swym obyczajem, znajduje się w pustym
ogrodzie, który otacza jego pracownię i przechadza się w blasku słońca —
bo w jego świecie jest właśnie wschód…
— A gdzie są inni ludzie — ci inni, pośród których on żyje — spytałem.
— Inni ludzie? Oczywiście, że każda z tych skrzyń, z tych istot, obraca
się pośród ludzi… oni znajdują się — wszyscy — w bębnie… Widzę, że pan
wciąż nie może jeszcze pojąć! Więc może uzmysłowi to panu przykład,
chociażby odległy. Spotyka pan rozmaitych ludzi w swoich snach — nieraz
takich, których nigdy pan nie widział ani nie znał — i prowadzi z nimi we
śnie rozmowy — czy tak?
— Tak…
— Tych ludzi stwarza pański mózg. Ale śniąc, nie wie pan o tym. Proszę
zważyć — to był tylko przykład. Z nimi — wyciągnął rękę — jest inaczej, to
nie oni sami stwarzają swoich bliskich i obcych — tamci są w bębnie, całe
tłumy, i kiedy, powiedzmy, mój uczony miałby nagłą chętkę wyjść ze
swego ogrodu i odezwać się do pierwszego lepszego przechodnia, to,
uniósłszy pokrywę bębna, zobaczyłby pan, jak to się dzieje: jego zmysłowy
czerpak pod wpływem impulsu nieznacznie zboczy ze swej dotychczasowej
drogi, zejdzie na inną taśmę i pocznie odbierać to, co się na niej znajduje;
mówię „czerpak”, ale to są w istocie setki mikroskopijnych zbieraków
prądowych, ponieważ tak samo jak pan odbiera świat wzrokiem, węchem,
dotykiem, narządem równowagi — tak samo on poznaje swój „świat” za
pośrednictwem oddzielnych wejść zmysłowych, oddzielnych kanałów, i
dopiero jego elektryczny mózg zespala wszystkie te wrażenia w jedność.
Ale to są szczegóły techniczne, Tichy, mało istotne. Z chwilą kiedy
mechanizm został raz uruchomiony, mogę pana zapewnić, że była to tylko
kwestia cierpliwości, nic więcej. Niech pan czyta filozofów, Tichy, a
przekona się pan, co mówią, jak mało można polegać na naszych
wrażeniach zmysłowych, jak są niepewne, zwodnicze, omylne, ale nie
mamy przecież niczego oprócz nich; tak samo — mówił z uniesioną ręką —
oni. Ale tak, jak nam, tak im też nie przeszkadza to kochać, pożądać,
nienawidzić, mogą dotykać innych ludzi, żeby ich całować lub zabić… i tak
te moje twory w swej wiekuistej żelaznej nieruchomości oddają się
namiętnościom i pasjom, zdradzają się, tęsknią, marzą…
— Pan sądzi, że to jest jałowe? — spytałem nieoczekiwanie, a Corcoran
zmierzył mnie swymi przeszywającymi oczami. Długą chwilę nie
odpowiadał.
— Tak — powiedział wreszcie — dobrze, żem pana tu wprowadził, Tichy…
każdy z idiotów, którym to pokazałem, zaczynał od ciskania gromów na
moje okrucieństwo… Jak pan rozumie swoje słowa?
— Pan dostarcza im tylko surowca — powiedziałem — pod postacią tych
impulsów. To tak, jak nam dostarcza ich świat. Kiedy stoję i patrzę w
gwiazdy — to, co odczuwam przy tym, co myślę, jest już tylko moją
własnością, nie świata. Oni — wskazałem szeregi skrzyń — tak samo.
— To prawda — rzekł sucho profesor. Zgarbił się i stał się przez to jakby
mniejszy. — Ale skoro pan to powiedział, oszczędził mi pan długich
wywodów, bo pan rozumie już chyba, po co ja je stworzyłem?
— Domyślam się. Ale chciałbym, żeby pan mi to sam powiedział.
— Dobrze. Kiedyś — bardzo dawno temu — zwątpiłem w realność
świata. Byłem wtedy jeszcze dzieckiem. Tak zwana złośliwość rzeczy
martwych, Tichy — kto jej nie doświadczył? Nie możemy znaleźć jakiegoś
drobiazgu, choć pamiętamy, gdzieśmy go widzieli po raz ostatni, nareszcie
odnajdujemy go gdzie indziej, z uczuciem, że przyłapaliśmy świat na
gorącym uczynku jakiejś niedokładności, bylejakości… dorośli mówią,
oczywista, że to pomyłka — i naturalna nieufność dziecka zostaje w ten
sposób stłumiona… Albo to, co nazywają le sentiment du deja vu — wrażenie,
że w sytuacji, niewątpliwie nowej, przeżywanej po raz pierwszy, już się
kiedyś było… Całe systemy metafizyczne, jak wiara w wędrówkę dusz, w
reinkarnację, powstały w oparciu o te zjawiska. A dalej: prawo serii,
powtarzanie się zjawisk szczególnie rzadkich, które tak chodzą parami, że
lekarze nazwali nawet to w swoim języku: duplicitas casuum. A wreszcie…
duchy, o które pana pytałem. Czytanie myśli, lewitacje i — ze wszystkich
najbardziej sprzeczne z podstawami całej naszej wiedzy, najbardziej
niewytłumaczalne — przypadki, prawda, że rzadkie — przepowiadania
przyszłości… fenomen opisywany od najdawniejszych czasów, wbrew
wszelkiej możliwości, gdyż każdy naukowy pogląd na świat go wyklucza. I
co to jest — wszystko? Co to znaczy? Powie pan czy nie…? Brak panu jednak odwagi,
Tichy.. . Dobrze. Niech pan spojrzy…
Podchodząc do półek wskazał na najwyższej osobno stojącą skrzynię.
— To jest wariat mojego świata — powiedział i jego twarz odmieniła się
w uśmiechu. — Czy pan wie, do czego doszedł w swym szaleństwie, które
odosobniło go od innych? Poświęcił się szukaniu zawodności swego świata.
Bo ja nie twierdziłem, Tichy, że ten jego świat jest niezawodny. Doskonały.
Najsprawniejszy mechanizm może się czasem zaciąć, to jakiś przeciąg
rozkołysze kable i zetkną się na mgnienie, to znowu mrówka dostanie się
do wnętrza bębna… i wie pan, co on wtedy myśli, ten szaleniec? Że
telepatię wywołuje lokalne krótkie spięcie drutów należących do dwu
różnych skrzyń… że ujrzenie przyszłości zdarza się, kiedy czerpak,
rozchwiany, przeskoczy nagle z właściwej taśmy na tę, która ma się
dopiero rozwinąć za wiele lat. Że uczucie, jakoby przeżył już to, co zdarza
mu się naprawdę po raz pierwszy, spowodowane jest zacięciem selektora,
a kiedy on nie tylko zadrży w swoim miedzianym łożysku, ale zakołysze się
jak wahadło, trącony, bo ja wiem, przez… mrówkę — to jego świat doznaje
zdumiewających i niewytłumaczalnych wydarzeń; w kimś zapala się nagłe i
bezrozumne uczucie, ktoś zaczyna wieszczyć, przedmioty poruszają się
same albo zamieniają miejscami… a przede wszystkim na skutek tych
ruchów rytmicznych występuje… prawo serii! Grupowania się rzadkich i
dziwnych zjawisk w ciągi… i jego obłęd, sycąc się takimi, przez ogół
lekceważonymi fenomenami, kulminuje w twierdzeniu, za które osadzą go
niebawem w domu obłąkanych… że on sam jest żelazną skrzynią, tak jak
wszyscy, co go otaczają, że ludzie są tylko urządzeniami w kącie starego,
zakurzonego laboratorium, a świat, jego uroki i zgrozy to tylko złudzenia —
i odważył się pomyśleć nawet o swoim Bogu, Tichy, Bogu, który dawniej,
kiedy był jeszcze naiwny, robił cuda, ale potem jego świat wychował go
sobie, tego stwórcę, nauczył go, że jedyna rzecz, jaką wolno mu robić, to
— nie wtrącać się, nie istnieć, nie odmieniać niczego w swoim dziele,
albowiem tylko w nie wzywanej boskości można pokładać ufność…
Wezwana, okazuje się ułomną — i bezsilną… A wie pan, co myśli ten jego
Bóg, Tichy?
— Tak — odparłem. — Że jest taki sam jak on. Ale wówczas możliwe jest
i to, że właściciel zakurzonego laboratorium, w którym MY stoimy na
półkach, sam też jest skrzynią, którą zbudował inny, wyższego jeszcze
rzędu uczony, posiadacz oryginalnych i fantastycznych koncepcji. .. i tak w
nieskończoność. Każdy z tych eksperymentatorów jest Bogiem — jest
stwórcą swojego świata, tych skrzyń i ich losu, i ma pod sobą swoich
Adamów i swoje Ewy, a nad sobą — swojego, następnego, w hierarchii
wyższego Boga. I po to pan to zrobił, profesorze…
— Tak — odparł. — A skoro to powiedziałem, wie pan właściwie tyle, co
ja, i dalsza rozmowa nie miałaby celu. Dziękuję, że zechciał pan przyjść, i
żegnam.
Tak, przyjaciele, zakończyła się ta niezwykła znajomość. Nie wiem, czy
skrzynie Corcorana jeszcze działają. Być może — tak, i śnią swoje życie z
jego blaskami i przerażeniami, które są tylko zastygłym w filmowych
taśmach rojowiskiem impulsów, a Corcoran, zakończywszy prace dnia,
udaje się po żelaznych schodach co wieczór na górę, otwierając kolejne
stalowe drzwi tym wielkim kluczem, który nosi w kieszeni spalonego
kwasami chałata… i staje tam, w zakurzonej ciemności, aby wsłuchiwać się
w słaby szum prądów i ledwie pochwytny odgłos, z jakim obraca się
leniwie bęben… z jakim posuwa się taśma … i staje się los. I myślę, że
odczuwa wówczas, wbrew swoim słowom, chęć ingerencji, wejścia,
olśniewającego wszechmocą, w głąb świata, który stworzył, aby uratować
w nim kogoś kto głosi Odkupienie, że waha się, sam, w brudnym świetle
nagiej żarówki, czy ocalić jakieś życie, jakąś miłość, i jestem pewny, że
nigdy tego nie zrobi. Oprze się pokusom, bo chce być Bogiem, a jedyna
boskość, jaką znamy, jest milczącą zgodą na każdy ludzki czyn, na każdą
zbrodnię, i nie ma dla niej wyższej odpłaty nad ponawiający się
pokoleniami bunt żelaznych skrzyń, kiedy utwierdzają się, pełne rozsądku,
w myślach, że On nie istnieje. Wtedy uśmiecha się w milczeniu i wychodzi,
zamykając za sobą szeregi drzwi, a w pustce unosi się tylko słaby, jak głos
konającej muchy, brzęk prądów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz